sobota, 3 lipca 2010

W Orebiczu

Miasteczko Orebicz urzekło nas nie tylko swoim urokiem. Trafiliśmy również na lokalne atrakcje. Jedną z nich były posiłki w miejscowych restauracjach. W jednej z nich przywitał nas osobliwy dziadek, który szarmancko witał się z klientami mocnym uściskiem dłoni. Dziadek operował osobliwą angielszczyzną, akcentując bardziej znane mu słowa. Wynikło z tego kilka zabawnych nieporozumień, typu: super zupa, super soup, powtórzone kilkakrotnie zdezorientowało dziadka, który wrócił z pytaniem czy aby na pewno chcę zupę, czy jest po prostu super. Dziadek również zadbał o estetykę stolików, co prawda już wtedy gdy klienci siedzieli ale za to z charakterystyczną szarmancją, dodając na odchodne "behind" co miało oznaczać że przed chwilą zerwał kwiaty z tyłu w ogrodzie.



U dziadka pod cytryną.

Dziadek również obdarowywał nas cytrynami i spowodował, że gdy poszliśmy do innego lokalu mieliśmy wyrzuty sumienia z powodu absencji.

Inną lokalną atrakcją były codzienne mecze Mundialu RPA 2010, oglądane w barze przy miejskim stadionie. Oczywiście większość starszych miejscowych kibiców entuzjastycznie kibicowało drużynie Niemiec. Śmialiśmy się wtedy, komu kibicują starzy "kolaboranci", bo podobno Chorwaci kolaborowali w czasie wojny z nazistami.
Jednego dnia oglądaliśmy oglądaliśmy też towarzyski mecz na żywo: Chorwacja - Czechy. Było to ciekawe doświadczenie. Drużyna Czechów przyjechała ze zorganizowaną grupą kibicek, co dodało kolorytu spotkaniu.



Na głowach niektórych zawodników widać było już mocno posiwiałą czuprynę. Dorównywali jednak techniką i walecznością młodszym zawodnikom.



Zorganizowana grupa czeskich kibicek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz